Kup teraz na Allegro.pl za 35,49 zł - BAJECZKI I OPOWIADANIA DLA GRZECZNYCH DZIECI CD (14157245255). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Kup teraz na Allegro.pl za 40,58 zł - BAJECZKI I OPOWIADANIA DLA GRZECZNYCH DZIECI CD (13496531067). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Kup teraz na Allegro.pl za 39,79 zł - BAJECZKI I OPOWIADANIA DLA GRZECZNYCH DZIECI CD (12802605296). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Prawda szczera Mała Iga zbiera kwiaty.Uśmiech gości na jej twarzy.Oczy błyszczą jak gwiazdeczki.Głowa pełna dziwnych marzeń. Z tych kwiatuszków, co je zbiera,w mig uplecie śliczny wianek.Gdy założy go na głowę,
Info. Bajeczki.org to darmowa strona dla dzieci, młodzieży jak i dla dorosłych. Korzystanie ze strony nie wymaga logowania. Nie pobierane są żadne opłaty. Strona oprócz adresu email nie pobiera żadnych Twoich danych do żadnych statystyk i innych tego typu rzeczy. Proszę nie podawać żadnych swoich danych np. nr telefonu. To może
Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Nợ Xấu. Koniec przerwy w pisaniu, bo temat pilny: Dziecko wpatruje się w smartfona. - Co oglądasz? - A takie tam różne z bajeczek... Zobacz sama, z chłopaka robi się dziewczynka, a teraz z dziewczyny chłopak... W dorosłej głowie zapala się czerwona lampka: Już?! Nawet tu wdziera się GENDER?! rys. Agnieszka Przybylska, Aplikacja komputerowa Paint, Przedświt, 2016 Niestety, tak. Ot, tak, wrzucony filmik, i nawet w tytule jest "gender", dostępny na popularnym kanale, postaci z bajek Disneya przerabiane wedle ideologii gender, która potrafi nieźle namieszać w młodziutkiej głowie. Biedne dzieci, dopadane, trzeba przyznać w sposób chytry, i oswajane z pogubieniem tożsamości płciowej. Mamo, tato: nie śpij. Szukaj odtrutki dla swego dziecka, pomóż odkrywać, jak dobry miał pomysł Stwórca, czyniąc człowieka w dopełniającej się różnorodności: Mężczyzną, który może być tatusiem i kobietą, która może być mamusią. I że obie role są piękne. No, i że, na szczęście, nie cały świat zwariował... Agnieszka
Swami Wiwekananda Najwspanialszą ideą religii Wedanty jest wskazanie, że do tego samego celu dochodzi się różnymi drogami. Rozróżniam cztery z tych dróg: drogę działania, miłości, psychologii, poznania. Należy pamiętać, że podział ten nie jest ograniczaniem, że te drogi nie wyłączają się wzajemnie, każda wiąże się z innymi. W podziale tym nadajemy im nazwy według typu przeważającego w każdej. Nie spotkacie człowieka, w którym jedyną właściwością byłoby działanie,ani wyłącznie oddającego się adoracji dewocyjnej, ani też niedbającego o nic poza dociekaniami i poznaniem. Podział ten jest więc ustalony według typu psychicznego albo skłonności ujawniającej się najsilniej w człowieku. Widzimy więc, że te cztery drogi łączą się i w rzeczywistości stanowią jedną. Wszystkie religie, wszystkie zabiegi pracy i adoracji wiodą do jednego celu. Starałem się już wykazać wam, że celem tym jest wolność taka, jaką objaśniałem. Wszystko dokoła nas – od atomu do człowieka, od niewrażliwej cząsteczki materii bez życia do najwyższej istoty na Ziemi – duszy ludzkiej – wszystko walczy o dojście do stanu tej wolności. Wszechświat cały jest wytworem tej walki o wolność. Każda cząsteczka, w jakimkolwiek połączeniu z innymi, dąży do oderwania się i lotu własnym torem. Ziemia nasza stara się uciec w przestrzeń, księżyc – wyrwać się poza orbitę wokół Ziemi. Wszystko dąży do rozproszenia w nieskończoność. Cały ruch we wszechświecie jest przejawem owej walki powszechnej o wolność; ona to skłania do działań tak różnych; świątobliwego do modlitwy, złodzieja do kradzieży. Postępowanie na drodze błędnie wybranej nazywamy złem, na drodze właściwej – dobrem. Ale bodziec jest zawsze ten sam, jest nim walka o wolność. Święty cierpi, bo zna swój stan niewoli, toteż pragnie zbawienia i zwraca się ze czcią ku Bogu; złodziej cierpi z braku posiadania różnych rzeczy i chce się ratować z tej biedy, dlatego kradnie! Wolność jest jedynym celem przyrody, zarówno wrażliwej, jak i niewrażliwej. Świadomie i nieświadomie wszystko toczy walkę o osiągnięcie tego celu. Jednakże wolność, której pragnie święty, bardzo różni się od wolności pożądanej przez złodzieja; wolność umiłowana przez świętego daje szczęśliwość niewysłowioną i bezgraniczną, natomiast swoboda, której pragnie złodziej, obciąża jego duszę coraz cięższymi łańcuchami. W każdej religii można widzieć przejaw tej walki o wolność. Jest ona też postawą całej moralności, podstawą altruizmu, którego zadaniem jest wywikłanie nas z przekonania jakobyśmy byli nie czym innym niż własnym ciałem, tym biednym, nędznym ciałem. Kiedy widzimy, że ktoś spełnia dobre uczynki, pomaga innym, świadczy to, że nie może być zamknięty w ścieśnionym kręgu „ja” i „moje”. Nie ma granic po tym wydostaniu się poza egoizm. Wszystkie wielkie systematy etyki stawiają jako cel altruizm absolutny. Jeżeli przyjmiemy założenie, że człowiek może dojść do tego celu, czym się on wtedy stanie? Nie będzie już obywatelem statystycznym, lecz ekspansją sięgającą nieskończoności. Maleńka jego osobowość przepada, znika zupełnie: istota jego ujawnia się w nieskończoności. Urzeczywistnienie tej bezgranicznej ekspansji jest prawdziwym celem wszystkich religii, wszystkich pouczeń moralnych i dociekań filozofii. Personalista przeraża się, kiedy wyjaśnia mu się tę ideę w terminach filozofii, nie przeszkadza mu to jednak wcale mówić o tej samej idei, kiedy moralizuje. Nie stawia granic altruizmowi ludzkiemu. Przypuśćmy, że komuś udało się przez personalizm osiągnąć zupełne wyzwolenie się z egoizmu: czym się taki człowiek będzie różnił wtedy od innych, którzy doszli do tej doskonałości na innych drogach? Będzie wtedy zespolony w jednię z wszechświatem, a to jest celem wszystkich; ale nieszczęsny indywidualista nie ma odwagi doprowadzenia rozumowania do końca, aż do tej konkluzji logicznej. Karma-joga jest to urzeczywistnienie przez działanie bez egoizmu owej wolności, która jest celem każdej jednostki ludzkiej. Każde działanie egoistyczne opóźnia chwilę dojścia do celu, każda czynność altruistyczna przybliża ją: dlatego jedyna definicja moralności może brzmieć: „To, co jest egoistyczne, jest niemoralne, co jest altruistyczne, jest moralne”. Ale kiedy zajmiemy się szczegółami, sprawa okaże się nie tak prosta. Środowisko np. nadaje różne wartości szczegółom. Jedna i ta sama postawa może uchodzić w pewnych okolicznościach za altruistyczną, w innych za egoistyczną. Toteż możemy pozostać przy określeniach zasadniczych i oceniać szczegóły postępowania według różnic miejsca, czasu i okoliczności. Celem natury człowieka jest wolność, a tę wolność można osiągnąć tylko w warunkach całkowitego pozbycia się egoizmu; każda myśl, każde słowo, każdy czyn altruistyczny zbliża nas do celu i dlatego są uznawane za moralne. Definicja taka, jak się przekonacie, zachowuje wartość we wszystkich religiach i we wszystkich systemach moralności. W niektórych systemach za źródło moralności uważana jest istota wyższa – Bóg. Jeżeli zapytacie, dlaczego należy postępować tak a nie inaczej, odpowiedzą wam: „Bo takie jest przykazanie boskie”. Niezależnie jednak od tego, co będzie uznane za źródło, osią każdego kodeksu moralności jest ta sama idea: nie myśleć o sobie i wyrzec się osobowości. Wielu uznających wielkość takiej etyki przeraża jednak myśl o porzuceniu swej maleńkiej osobowości. Takich kurczowo trzymających się ciasnego pojęcia swej osobowości możemy poprosić o wyobrażenie sobie człowieka doskonałe wyzbytego wszelkiego egoizmu, niemyślącego wcale o sobie samym, niemówiącego nic o sobie i niezabiegającego o nic dla siebie; gdzie podziało się małe „ja” takiego człowieka? To małe „ja” jest nam znane tylko wtedy, kiedy myślimy o nim, mówimy o nim i działamy w jego interesie. Kiedy świadomość człowieka zwraca się tylko ku innym, kiedy pole świadomości wypełniają sprawy wszechświata, całości, gdzie jest to małe „ja”? Ono znika na zawsze. Karma-joga jest systematem etyki i religijności, którego celem jest doprowadzenie człowieka do wyzwolenia przez altruizm i dobre czyny. Karma-jogin nie potrzebuje przyjmować na wiarę żadnej doktryny. Może nawet nie wierzyć w Boga, może wcale nie zastanawiać się, czym jest jego dusza, ani nie oddawać się spekulacjom rozumowym na temat metafizyki. Karma-jogin stawia sobie za cel oswobodzenie się z egoizmu i dojście do tego celu o własnych siłach. Każda chwila jego życia musi być wypełniona praktyką, ponieważ ma rozwiązać wyłącznie pracą, bez domieszki doktryn i teorii, wielkie zadanie, do którego dźńanin przystępuje zbrojny w wiedzę i natchnienie, a bhakta ze swym umiłowaniem. Zjawia się teraz pytanie: Jaka to jest praca? Co znaczy „czynić dobrze wszystkim”? Czy możemy służyć wszystkim? W znaczeniu absolutnym tych słów: nie; w znaczeniu względnym: tak. Nie ma czynu dobrego ciągle ani o skutkach trwających wiecznie: gdyby tak mogło być, świat ten nie byłby tym światem. Możemy nasycić zgłodniałego, ale potrwa to chwilę. Każda radość, którą sprawimy ludziom, rychło przeminie. Nikt nie uleczy świata z nawracającej gorączki bólów i radości. Czy można obdarzyć świat błogością nieustającą? Na morzu nie zdołamy wywołać fali bez niżu sunącego jej śladem. Suma globalna wszystkiego, co się odczuwa jako dobre na tym świecie, dzielona przez potrzeby i pragnienia ludzkie daje zawsze taki sam iloraz. Nie udaje się tego zwiększyć ani zmniejszyć. Spójrzcie na dzieje ras ludzkich, takie, jakie znamy już obecnie. Były w nich zawsze te same smutki i te same radości, a nawet podobne sytuacje. Zawsze byli wielcy i mali, bogaci i biedni, chorzy i zdrowi. W starożytnym Egipcie, w Grecji, Rzymie, tak samo jak dzisiaj w Ameryce – zawsze było podobnie. Ale równolegle z tym nieuleczalnym splotem przeciwieństw – cierpień i radości – widzimy nieustanną walkę o zapobieganiem temu. W każdym okresie historii przychodziły na świat tysiące mężczyzn i kobiet, którzy cierpieli poświęcając się wyrównaniu drogi życia innym. W jakim stopniu udawało im się? Wszystko, co możemy uczynić, to odbić piłkę z jednego miejsca na drugie. Wypędzamy cierpienia ze sfery fizycznej, wówczas przenosi się ono do sfery psychiki. Jest to podobne do obrazu w piekle Dantego – do chciwców toczących bryłę złota pod górę i bez końca ponawiających ów wysiłek, bo bryła musi się wciąż staczać. Wszystko, co mówimy o lepszym tysiącleciu, są to bajeczki dla grzecznych dzieci i nic więcej. A narody marzące o takim tysiącleciu są przekonane, że ze wszystkich ludów świata one będą najbardziej uprzywilejowane. Oto wspaniały „altruistyczny” obraz tysiąclecia. Nie możemy dać światu nadwyżki dobra, nie możemy też zwiększyć jego cierpień. Suma wszystkich energii dobra i cierpień, doświadczanych na tym świecie, będzie zawsze taka sama. My zaś możemy je tylko przepędzać z miejsca na miejsce i z powrotem, ale one pozostają wciąż takie same, gdyż z natury swej są niezmienne. Przypływ i odpływ, wznoszenie się fali w górę i opadanie – jest to rytm życia na tym świecie; utrzymywanie, że może być inaczej, równałby się twierdzeniu, że możemy posiąść życie be śmierci. Byłby to absurd, ponieważ sama idea życia zawiera w sobie pojęcie śmierci, a tak samo idea rozkoszy zawiera w sobie pojęcie cierpienia. Lampa świecąca płomieniem spala się sama i to jest jej życiem. Jeżeli chcecie mieć życie, musicie umierać za nie w każdej chwili. Życie i śmierć są różnymi nazwami tej samej rzeczy, widzianej z różnych stron, one są jedną falą i łącznie stanowią jej pełnię i całość. Kto widzi grzbiet fali, staje się optymistą, kto widzi jej opadanie, nastraja się pesymistycznie. Dziecku w wieku szkolnym, kiedy rodzice troszczą się o nie, wszystko wydaje się radosne; potrzeby jego są niewielkie i proste – ono jest optymistą. Starzec, bogaty w doświadczenie, jest już spokojniejszy: entuzjazm jego znacznie ochłódł. Tak samo narody, wykazujące znamiona upadku, są mniej rzutkie w działaniu niż narody młode. Znane jest w Indiach przysłowie: „Tysiąc lat miasta, tysiąc lat lasu”. Takie koleje przemiany znane są wszędzie i one to nastrajają ludzi radośnie, ponuro lub zależnie od dostrzeganej przez nich fazy owych przemian. Z kolei zbadamy – chociażby wywracając na nice – ideę równości. Idee lepszych tysiącleci bywały wielkimi, potężnymi bodźcami działań. Wiele religii nauczało: Bóg zstąpi, aby rządzić światem, a wtedy nie będzie różnic między ludźmi. Głoszący takie idee są fanatykami: jednakże fanatycy są najszczerszymi ludźmi na świecie. Chrześcijaństwo rozpowszechniało się właśnie dzięki takiemu oczarowaniu przez fanatyzm i to czyniło je ponętnym dla rzesz niewolników greckich i rzymskich. Niewolnicy uwierzyli, że gdy nastanie głoszona przez religię era tysiąclecia, nie będzie niewolnictwa, wszystkiego będzie obfitość, jadła i napoju wystarczy dla wszystkich; dlatego tłumnie szli pod sztandary chrześcijaństwa. Pierwsi pionierzy, głoszący taką ideę, byli oczywiście ciemnymi fanatykami, ale fanatycy są szczerzy. Za naszych czasów te dążenia do tysiąclecia przybierają formę hasła: wolność, równość, braterstwo. To też jest fanatyzm. Prawdziwa równość nigdy nie istniała na ziemi i nie mogłaby istnieć. W jaki sposób moglibyśmy stać się równi? Nieosiągalna równość oznaczałaby całkowite uśmiercenie. Co doprowadziło do istnienia naszego świata? Utrata równowagi. W stanie początkowym, nazywanym chaosem, panuje doskonała równowaga. A jak powstają siły składowe wszechświata? Przez walkę, zmagania się, konflikt. Załóżmy, że wszystkie cząsteczki materii są w równowadze; czy dałoby to jakiekolwiek zjawisko twórcze? Nauka mówi, że jest to niemożliwe. Poruszcie powierzchnię wody, a zobaczycie jak cząsteczki jej starają się powrócić do stanu spokoju; tak samo wszystkie składniki wszechświata walczą o powrócenie do idealnego spokoju, do równowagi. Potem na nowo pojawi się ruch, wytworzy zjawiska i kombinacje twórcze. Nierówność jest podstawą dzieła stworzenia. Przy tym siły dążące do wprowadzenia równowagi, są tak samo niezbędne, jak i siły dążące do zburzenia równowagi. Równość absolutu, czyli zupełna równowaga wszystkich sił działających we wszystkich sferach nie może nigdy zapanować na tym świecie. Zanim byśmy doszli do tego stanu, ustałoby w zmienionych warunkach wszelkie życie na świecie i nie byłoby już nikogo. Toteż pewne jest, że marzenia o tysiącleciu i równości absolutnej są nie tylko nieosiągalne, lecz ponadto – gdybyśmy je koniecznie starali się wprowadzić w życie – zagrażałyby klęską destrukcji. Na czym polega zróżnicowanie ludzi? Przede wszystkim na nierówności ich umysłów. Tylko człowiek niespełna rozumu mógłby utrzymywać, że wszyscy rodzimy się z mózgami jednakowymi. Przychodzimy na świat ze zdolnościami odmiennymi, jako ludzie przeciętni lub wielcy, a nie możemy uniknąć przyjęcia tych darów, narzuconych nam w okresie przed urodzeniem. Indianie amerykańscy byli mieszkańcami tego kontynentu, zanim garstka waszych przodków wylądowała na nim. I jak ci przybysze zmienili oblicze kraju! Jeżeli jesteśmy wszyscy jednacy, czemu Indianie nie wprowadzili tych zmian sami? Nowe właściwości rozumowe zaszczepione zostały tej ziemi wraz z przybyszami, zaczęły tu działać i znajdować ujście w wykonaniu dzieł wielkich zapasy wyobrażeń i wspomnień. Zupełny brak zróżnicowania jest śmiercią. Dopóki będzie istniał ten świat, będzie też na nim zróżnicowanie i ono musi istnieć. Tysiąclecie zupełnej, doskonałej równości nastanie, lecz dopiero, kiedy dobiegnie końca cały cykl przejawienia, kiedy zagasną światy stworzone. Równość przedtem jest niemożliwością. Mimo wszystko, ta idea tysiąclecia, do której tak powracają, jest potężną siłą. W dziele stworzenia niezbędne są jednako i nierówność, i walka o ograniczenie nierówności. Gdyby nie było tej walki o odzyskanie wolności i powrót do Boga, nie byłoby już wcale samego dzieła stworzenia, nie byłoby twórczości. Różnica między tymi dwiema siłami określa rodzaj bodźców działających w człowieku. Te bodźce skłaniające do działania istnieją zawsze: jedne wpędzają nas w uzależnienie, inne zwracają ku wolności. Walce młynów świata są straszliwym mechanizmem: kiedy wetkniemy w nie rękę, pochwycą i przemielą nas bez reszty. Spodziewamy się, że spadnie nam kłopot z głowy, kiedy spełnimy jakieś jedno zadanie, ale zanim daliśmy sobie z tym radę, już nas czekają inne obowiązki. Wciąga nas wciąż olbrzymia, skomplikowana machina świata. Są dwa sposoby uniknięcia przemielenia nas przez jej mechanizmy. Jeden – to zupełne zaprzestanie interesowania się wszystkimi tymi mechanizmami: nie przykładać do niczego ręki, trzymać się na uboczu, zrzec się pragnień. Jest to łatwo powiedzieć, lecz niemal niewykonalne jest to w praktyce. Wątpię, czy jeden człowiek na pięć milionów zdoła dojść do tego. Drugi sposób polega na zanurzeniu się w sprawy świata i poznaniu sekretu pracy. Jest to droga karma-jogi: Nie uciekajcie, nie trzymajcie się z dala od kół zębatych mechanizmów świata, zasiądźcie przy nich i nauczcie się pracować. Można znaleźć ratunek nawet znalazłszy się wśród tych mechanizmów, otaczających nas ze wszystkich stron, bylebyśmy nauczyli się pracować właściwie; sama maszyna pouczy nas, jak się z jej środka wydostać. Widzimy, czym jest praca. Ona jest składnikiem podstawowym całej przyrody, a trwa zawsze, nieustannie. Wierzący w Boga mogą to lepiej zrozumieć, ponieważ wiedzą, że Bóg nie jest bez mocy, żeby potrzebował naszej pomocy. Chociaż wszechświat będzie trwał wiecznie, naszym celem jest wyzwolenie się z życia w nim, naszym celem jest altruizm; a według karma-jogi cel ten osiąga się przez pracę. Wszystkie pomysły uczynienia ze świata sfery doskonałej szczęśliwości mogą działać na fanatyków jak siły napędowe, wyzwalające w nich energię i skłaniające do pracy, powinniśmy jednak pamiętać, że fanatyzm wyrządza tyleż zła, ile daje dobra. Karma-jogin uznaje, że nie są nam potrzebne inne pobudki poza wrodzonym umiłowaniem wolności. Inne, zwyczajowo uznawane bodźce są zbędne. „Macie prawo do pracy, ale nie do owoców pracy”. Karma-jogin mówi, że człowiek może dojść do zrozumienia tej zasady i stosować ją w życiu. „Kiedy idea czynienia dobrze staje się cząstką istoty człowieka, ustaje poszukiwanie bodźców zewnętrznych. Czyńmy dobrze, ponieważ jest to dobre; kto postępuje dobrze mając na widoku inny cel, chociaż dostanie się do nieba, nakłada na siebie więzy” – mówi karma-jogin. Każdy uczynek z najmniejszą domieszką egoizmu, chociaż na pozór szlachetny, zamiast uwalniać nas – obciąża. Toteż jedynym rozwiązaniem jest wyrzeczenie się wszystkich owoców pracy, nie przywiązywanie się do nich. Pamiętajmy, że ten świat nie jest nami i że my nie jesteśmy tym światem, że nie jesteśmy w rzeczywistości ciałem i że to nie my wykonujemy pracę. Jesteśmy JA wiekuiście trwające w spokoju i w spoczynku. Dlaczego i po co mielibyśmy być obciążani czymkolwiek? Piękne są słowa o zupełnym wyzbyciu się przywiązań do czegokolwiek, ale jak do tego dojść? Każdy dobry czyn, niezamącony przez skryte pragnienie, nie staje się nowym ogniwem krępującego nas łańcucha, lecz rozbija jedno z ogniw już na nas ciążących. Każda myśl dobra wysłana przez nas w świat bez oczekiwania w zamian czegokolwiek, zostaje w wyższej sferze i rozbija łańcuch, oczyszcza nas; a w taki sposób możemy stać się najczystszymi ze śmiertelnych. Wszystko to możecie uznać za donkiszotyzm, za zbyt filozoficzne i teoretyczne, a nie praktyczne. Czytałem wiele argumentów przeciw Bhagawad-gicie, słyszałem wielu twierdzących, że człowiek nie może pracować bez bodźców. Tacy ludzie nigdy nie widzieli pracy bezinteresownej, jeżeli zetknęli się z działalnością, to tylko pobudzaną przez fanatyzm; dlatego tak mówią. Pozwólcie, że opowiem wam pokrótce o człowieku, który rzeczywiście postępował zgodnie ze wskazaniami karma-jogi. Był to Budda. On jeden stosował je ściśle w praktyce swego życia. Wszyscy prorocy świata, z wyjątkiem Buddy, działali pod wpływem bodźców zewnętrznych, skłaniających do czynów bez egoizmu. Proroków, za wyjątkiem jednego tylko Buddy, można podzielić na dwie kategorie: jedni uważali siebie za wcielenie Boga, zstępującego na ziemię, inni uważali siebie jedynie za wysłanników Boga. Jedni i drudzy czerpali z zewnątrz natchnienie do swej działalności. Chociażby ich sposób wyrażania się był w najwyższym stopniu uduchowiony, spodziewali się nagrody zewnętrznej. Natomiast Budda jest jedynym prorokiem, który powiedział: „Nie interesują mnie wszystkie wasze teorie o Bogu. Po co rozprawiacie o tych wszystkich subtelnych doktrynach o duszy? Czyńcie dobrze i bądźcie dobrzy. To was doprowadzi do wyzwolenia i zarazem do prawdy, niezależnie od tego, jakie one mogą być”. W postępowaniu swym był on najzupełniej pozbawiony bodźców natury osobistej. Ale kto z ludzi pracował więcej niż on? Wskażcie mi w dziejach jedną jedyną postać, która by wzniosła się wyżej ponad wszystko. Cała rasa ludzka nie wytworzyła drugiej istoty o takim charakterze; postaci, której filozofia byłaby równie wysoka, a współczucie równie wszechobejmujące. Mędrzec ten, głosząc najwyższą filozofię, otaczał też najgłębszym uczuciem opiekuńczym wszystkie stworzenia, do najmarniejszych, a niczego nie wymagał dla siebie samego. On jest karma-joginem idealnym, działającym najzupełniej bez motywów, a historia ludzkości świadczy, ze był największym człowiekiem, jaki kiedykolwiek żył. On urzeczywistnił w sobie najdoskonalsze połączenie serca i rozumu, największe w dziejach ludzkości przejawienie potęgi duszy. On jest pierwszym wielkim reformatorem, którego świat poznał. On pierwszy ośmielił się rzec: „Nie przyjmujcie na wiarę twierdzeń starych ksiąg. Nie wierzcie w nie z tej tylko racji, że naród wasz w to wierzy, ani dlatego, że nauczono was w to wierzyć od dzieciństwa. Badajcie wszystko własnym rozumem; kiedy już co rozpatrzycie i uznacie, ze służy to dobru wszystkich i każdego, wtedy wierzcie w to, żyjcie według tego i pomagajcie bliźnim żyć tak samo”. Najlepiej pracuje ten, kto pracuje nie pod wpływem bodźca, nie w celu gromadzenia pieniędzy, ani dla sławy, ani dla zdobycia czegokolwiek. Kiedy człowieka stać będzie na to, może dojść do stanu Buddy i znajdzie w sobie moc działania, którego potęga zdoła przemienić świat. Taki oto człowiek jest ideałem najwyższym karma-jogi.
bajeczka dla grzecznych dzieci Definicja w słowniku polski Definicje Przykłady Może w ogóle tylko diabeł istnieje, a cała reszta to bajeczki dla grzecznych dzieci. Po tym co się stało poprzedniej nocy, słuchałem jego rad jak bajeczek dla grzecznych dzieci Literature Po tym co się stało poprzedniej nocy, słuchałem jego rad jak bajeczek dla grzecznych dzieci. Literature Umówmy się, że to brzmi jak bajeczka dla grzecznych dzieci, ale dobra, niech ci będzie. Literature Przepowiednia, że jesteś wyzwolicielem to bajeczka dla grzecznych dzieci. - Zaczynani podejrzewać, że cała ta twoja historia o Żyle Prowadzącej to bajeczka dla grzecznych dzieci. Literature ● „Historia o Jezusie to bajeczka dla grzecznych dzieci”. jw2019 To pani opowiada bajeczki dla grzecznych dzieci. Literature Autorzy
Krąży po internecie tak obrazek, na którym św. Mikołaj pyta siedzącą mu na kolanach dziewczynkę: „Czyli zawsze byłaś cicha, grzeczna, słuchałaś poleceń, na wszystko się zgadzałaś i nigdy się nie denerwowałaś?”. I dopowiada: „W takim razie otrzymujesz prezent”. Dziewczynka przyjmuje kolorowe pudełko z wstążką i zaciekawia się: „Co jest w środku?”. Wtedy Mikołaj uchyla rąbka tajemnicy: „Pakiet zaburzeń psychicznych na całe życie”.Wiemy już tyle o rozwoju człowieka, że możemy opisywać dzieci bardziej złożonymi i wspierającymi pojęciami niż „grzeczne” -„niegrzeczne”. To trochę relikt poprzedniej epoki, skupionej na tym, by dziecko nie przeszkadzało w wystarczająco już trudnym i często pełnym dramatów życiu rodziców. W czasach, gdy buty były na talony, a potem, gdy wydawało się naszemu społeczeństwu, że transformacja ku kapitalizmowi wymagała pracy 24/ dzieckoTermin „grzeczne dziecko” to coś, co nie pomaga rodzicom w widzeniu ich dzieci. Nakłada na wzajemną relację dwojga ludzi – rodzica i dziecka – filtr, przez który rodzic widzi tylko punkt docelowy, w którym dziecko miałoby się znaleźć. To może być taki punkt, że dziecko nigdy się nie wierci, nie potrzebuje czegoś „nie w porę”, nie ma odmiennego zdania niż rodzice. Nie krzyczy, nie niszczy rzeczy, gdy się gniewa. Nie płacze zbyt długo (albo wcale), gdy się skaleczy albo czuje się zawiedzione. Dobrze się uczy. „Grzeczne dziecko” to w sumie dziecko idealnie dopasowane. Do systemu, do wymagań, do naszych oczekiwań i wyobrażeń. „Bądź grzeczny” znaczy: „nie potrzebuj”. „Nie przeżywaj trudności”.Pomogło mi ogromnie wyrzucenie z własnego słownika pojęcia „grzeczne dziecko”. I zamiast tego – patrzenie na różne trudne dla mnie zachowania dzieci jako na nieporadne, zaszyfrowane komunikaty (o takich szyfrach pisał już prawie trzydzieści lat temu Thomas Gordon, autor „Wychowania bez porażek”). Dzieci chcą nam zakomunikować tak, jak umieją – czyli bez narzędzi dorosłego ubierania w słowa uczuć i pragnień – jakieś swoje ważne z potrzebami jest tak, że coś się z nimi może zadziać jedynie, gdy są nazwane. Więc nawet owo słynne „nienawidzę cię”, które ja rozszyfrowałam kiedyś dzięki temu, co napisał Gordon i było to dla mnie olśnieniem – oznaczać może w ustach dziecka tysiąc innych rzeczy. „Jestem rozczarowana”, „jestem zły”, „potrzebuję pomocy, której ty mi teraz swoim zachowaniem nie dajesz”. I tylko rodzic, jako większy i mądrzejszy, może pomóc dziecku zorientować się w tym, o co naprawdę mu chodzi. „Chyba się bardzo zezłościłeś, bo chciałeś naprawić tą zabawkę, a ona się rozleciała”. „Czy chcesz teraz, żebym cię posłuchała – kilka razy mówiłaś coś do mnie, a ja byłam zajęta swoimi sprawami i nie słyszałam”.Trud bycia sobąPodobnie gdy dzieci się konfliktują albo mają inne zdanie, mogę szukać, o co im chodzi i co ważnego chcą mi powiedzieć, zamiast sprowadzać ich działania do kategorii „grzeczny” -„niegrzeczny”. Bo odkrywam, że jeszcze tak się nie zdarzyło, by dzieci podejmowały jakieś działania z zamiarem zrobienia czegoś złego. Robią różne rzeczy najlepiej, jak umieją (i jak nie umieją). Ja mogę dać im przestrzeń wysłuchania i ponazywania tego, na czym im zależy. I często samo wysłuchanie już wiele zmienia. Mogę też opowiadać im o tym, czego ja potrzebuję i co bym chciała. I możemy dochodzić do też o sobie. Czy naprawdę chciałabym myśleć o sobie, że sama jestem „grzeczna”. „O, jaka grzeczna kobieta!”. Mam poczucie, że to określenie byłoby jak kaftan bezpieczeństwa. Jak foremka do świątecznych pierniczków, nie zaś miara człowieczeństwa. Kojarzy mi się z takim dopasowaniem do oczekiwań innych, że kogoś przestaje być widać. Potrzebuję móc być po prostu żywym człowiekiem, któremu bywa trudno, wścieka się, smuci, czegoś potrzebuje, ma gorsze dni. Że trochę podobnie jest ze słowem „anioł”. „Jesteś aniołem”, gdy niczego nie potrzebujesz. I gdy nigdy nie mówisz „nie”, choć to, co się dzieje, bardzo ci nie świat wzajemnych odniesień żywych ludzi, pięknych w trudzie bycia samymi także:„Grzeczny” – słowo, które wyrzuciłem ze słownika!Czytaj także:Miła i grzeczna czy silna i odważna? Jak odnaleźć siebie prawdziwą? [wywiad]Czytaj także:Niegrzeczne, złośliwe dziecko? Skąd biorą się takie zachowania?
Złość jest naturalną rekcją człowieka na rozmaite sytuacje. Nie możemy sprawić, żeby zniknęła, zresztą wcale nie byłoby to dobre. Lepiej skupić się na tym, by dziecko nauczyło się wyrażać ją w sposób bezpieczny dla siebie i innych. Pomoże nam w tym bajkoterapia – metoda pracy z emocjami dzieci. Słuchając bajek terapeutycznych, dziecko ma szansę zrozumieć, skąd bierze się jego złość, jak rozpoznać, że się zbliża i w porę nad nią zapanować, tak by nie zamieniła się w destrukcyjny szał. Intensywne emocje Dziecku, któremu chcemy pomóc okiełznać złość, możemy przeczytać lub opowiedzieć bajkę o kimś, kto ma podobny problem. Na początku bajkowa postać nie radzi sobie z własnymi emocjami i ma z tego powodu sporo problemów – w domu, w szkole, w przedszkolu. Złoszczący się bohater bardzo spektakularnie wyraża swoją złość – krzyczy, tupie, może nawet pluć, rzucać przedmiotami czy bić innych. Rodziców często przerażają takie realistyczne opisy wybuchów złości i czytając, łagodzą je, żeby wszystko brzmiało trochę „grzeczniej”. Jednak w ten sposób odbierają bajce jej najskuteczniejszą broń – oddziaływanie poprzez prawdziwe emocje. Ich eskalacja jest potrzebna, aby mały słuchacz mógł zidentyfikować się z bohaterem i z całą intensywnością przeżyć jego trudną sytuację. Zresztą nie ma powodów do obaw – bohater bajki nie zostanie sam ze swoim problemem. Bajka terapeutyczna zawsze daje wsparcie, podsuwa realne pomysły na pokonanie kłopotów i szczęśliwie się kończy. Uwaga! Reklama do czytania Jak zrozumieć małe dziecko Poradnik pomagający w codziennej opiece Twojego dziecka Postać „eksperta” Bajkowy złośnik otrzymuje pomoc od innego bohatera opowieści, tzw. „eksperta” – to postać, która potrafi radzić sobie ze złością. Ekspertem może być człowiek – jednak raczej nie rodzic, już lepiej starsze rodzeństwo, babcia czy wujek. Lepiej jednak, gdy tę rolę odegra ulubiona zabawka, zwierzę, postać z książki czy z innej planety, a nawet mówiący przedmiot. Taki „ekspert” nie poucza i nie krytykuje małego złośnika, wręcz przeciwnie – okazuje mu zrozumienie. Dzięki temu dziecko słuchające bajki przekonuje się, że odczuwanie złości nie jest czymś złym, lecz naturalnym. Niewłaściwe może być jedynie zachowanie, którym rozzłoszczona osoba krzywdzi siebie lub innych – bicie, przezywanie, niszczenie przedmiotów. Bohater, a wraz z nim nasze dziecko, obserwując „eksperta”, uczy się właściwych reakcji na sytuacje, które zwykle prowadzą do napadu złości. Niemagiczne narzędzia pomocy Świat w bajkach terapeutycznych jest często fantastyczny – nie brak w nim wróżek, magicznych przedmiotów, mówiących zwierząt. Jednak to nie magia rozwiązuje problemy bohaterów – pomysły na okiełzanie złości są tu zawsze realne. Panna Burza, gdy wpada w gniew, liczy do dziesięciu i głęboko oddycha – to ją uspokaja. Wróżka Gburia-Furia, kiedy się złości, nie używa różdżki, lecz po prostu wychodzi do innej komnaty, by wyciszyć emocje w samotności. Tomek, sympatyczna pacynka z Pacynkowa, ma swoją „szufladę złości”, w której przechowuje przedmioty pomagające w sposób bezpieczny rozładować i wyciszyć złość. Bajkowych pomysłów „na złość” jest naprawdę sporo i wszystkie na miarę naszych dzieci. Rozmowa i zabawa Bajkoterapia to nie tylko czytanie i słuchanie bajek – to także to, co dzieje się później. Bardzo ważna jest rozmowa. Jeśli dziecko po lekturze bajki chce rozmawiać – koniecznie podejmijmy temat! Jednak bez moralizowania i pouczania, raczej słuchajmy i okazujmy zrozumienie. A jeśli dziecko milczy? Nie naciskajmy. Lepiej zaproponujmy zabawę w rysowanie własnej złości – jak mogłaby wyglądać, gdyby była zwierzęciem albo przybyszem z planety Emocji? Rysunek zwykle ułatwia rozmowę – można dopytać malca, dlaczego jego złość ma właśnie taki kolor i kształt, czy łatwo się żyje z taką złością, a do czego można ją wykorzystać i jak poskromić? Dobrym pomysłem na wspólną zabawę po bajce jest też pisanie listu do swojej złości lub wykonanie jej wizualizacji z gazet, balonów, masy solnej itp. A kiedy złość będzie już gotowa, może uda się z nią porozmawiać? Bajkoterapia pomaga nie tylko dzieciom, ale i rodzicom, warto więc, by i oni odważyli się zmierzyć z własną złością. Uwaga! Reklama do czytania Seria: Niegrzeczne książeczki Niegrzeczne dzieci? Nie ma czegoś takiego! Wierszyki bliskościowe Przytulaj, głaszcz, obejmuj, bądź zawsze blisko. Tylko dobre książki dla dzieci i rodziców | Księgarnia Natuli Rehabilitacja złości Jednym z zadań bajek terapeutycznych związanych z tematem złości jest przekonanie dzieci (a także rodziców), że kontrolowana złość jest człowiekowi potrzebna. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby pewne sytuacje nie budziły w nas naturalnego odruchu złości – inni mogliby nas bezkarnie krzywdzić, nie potrafilibyśmy oburzyć się na widok niesprawiedliwości, zbuntować przeciw przemocy. Bez uczucia złości bylibyśmy potulni, bezkrytycznie ulegli, słabi, bezbronni, podatni na manipulację. Czy tego chcemy dla naszych dzieci? Z pewnością nie, zatem pozwólmy im na odczuwanie złości, uczmy jednak, jak ją kontrolować, by mogła stać się źródłem siły i energii. Bajka terapeutyczna. Opowieści z Pacynkowa „Tajemnica tatusiowej szuflady” Rano obudził mnie szum deszczu. – O nie, tylko nie to! – jęknąłem. – Przecież dziś sobota i mam jechać z rodzicami na wycieczkę rowerową! Szybko wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem do okna, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście pada. Miałem nadzieję, że deszcz tylko mi się przyśnił. Ale to nie był sen. Deszcz padał naprawdę. I to porządnie. W naszym ogródku zrobiła się ogromna, błotnista kałuża, w której smętnie pływała moja konewka. – Jeżeli podobnie wyglądają ścieżki rowerowe w naszym lesie, to o wycieczce mogę zapomnieć! – pomyślałem. – Czy musiało się rozpadać akurat dziś?! Ze złości coś piekło mnie w gardle. Chciało mi się płakać. – Wstrętny, okropny, paskudny deszcz! Co on sobie myśli! – wycedziłem przez zęby i tupnąłem. A potem poszedłem do kuchni, żeby przytulić się do mamy. To zawsze pomaga. Ale wyobraźcie sobie, że w kuchni zamiast mamy stała pani Basia, nasza sąsiadka! Okazało się, że mama została pilnie wezwana do pracy, a tata niespodziewanie musiał pojechać do chorego kota babci Jadzi. Bo tata jest weterynarzem, czyli takim lekarzem od zwierząt i czasami jeździ do swoich pacjentów. Nie było więc ani mamy, ani taty. Tylko pani Basia. Ale do niej jakoś nie miałem ochoty się przytulać. – Jak oni mogli wyjść i mnie zostawić! – pomyślałem ze złością. Byłem tak wściekły, że nie mogłem zjeść śniadania. Po godzinie w brzuchu burczało mi już tak głośno, że pani Basia się przestraszyła. Myślała, że to nadciąga burza, taka z piorunami. A kiedy zorientowała się, że to nie burza tylko mój brzuch, zrobiła mi kanapki z dżemem. Spojrzałem na te kanapki i poczułem, jak wzbiera we mnie nowa fala straszliwego gniewu. Przecież ja nie lubię kanapek z dżemem! A w ogóle to w sobotę mama zawsze robi mi jajecznicę! Ależ byłem wściekły! I głodny! Miałem ochotę wyć i wrzeszczeć, gryźć i kopać! Moje ręce same zacisnęły się w pięści, czułem, że płoną mi policzki, a w brzuchu dzieje się coś dziwnego. – W sobotę nie jem kanapek! – krzyknąłem, a potem, niewiele myśląc, zrzuciłem talerz ze stołu. Pani Basia zmarszczyła brwi i kazała mi podnieść kanapki. – Uuuaaa! – zawyłem. – Nie będę niczego podnosił! Niech sobie pani sama sprząta! – wrzeszczałem i tupałem. Przez głowę przebiegła mi myśl, że może powinienem przestać, ale nie dałem już rady. Krzyczałem dalej, a w końcu pokazałem pani Basi język i wybiegłem z kuchni. Ukryłem się w przedpokoju, w szafie między kurtkami i rozpłakałem się. Czułem się okropnie. Nie mogłem sobie darować, że znów dałem się ponieść złości. Bo, prawdę mówiąc, to nie był pierwszy raz… Kiedyś tak się zezłościłem, że ugryzłem moją koleżankę Zośkę, a innym razem zburzyłem Karolowi zamek z klocków, zdarzyło mi się też w straszliwej złości pomazać notes taty, a nawet kopnąć mamę. Tak, tak, jestem nerwusem – a przynajmniej tak mówi o mnie Zośka. – Ale ja wcale nie chcę aż tak się złościć! – pomyślałem i poczułem się jeszcze gorzej. Nagle usłyszałem, że otwierają się drzwi. To wrócił tata. Chwilę szeptali coś z panią Basią, a potem tata podszedł do mojej szafy. Pomyślałem, że tata nakrzyczy na mnie za te zrzucone kanapki i postanowiłem, że nie wyjdę z szafy. – Tomku, jesteś tam? – zapytał tata. – Tak – burknąłem. – I już tu zostanę … – dodałem stanowczo. Znów poczułem złość. Było tak, jakbym miał w brzuchu wielki, nadmuchany balon – balon złości. – Hmm…, wygląda na to, że jesteś bardzo zdenerwowany – stwierdził spokojnie tata i usiadł obok szafy. Ucieszyłem się, że tak sobie usiadł obok. I że nie robi mi wymówek. Poczułem, że chcę mu opowiedzieć, co się stało. Pomyślałem, że to zrozumie. – Pani Basia dała mi kanapki z dżemem! A ja przecież chciałem jajecznicę! I nie mogłem się przytulić do mamy, a ciebie nie było! I padał deszcz! – krzyknąłem i parsknąłem jak rozzłoszczony smok. Od razu zrobiło mi się lżej, zupełnie jakby z mojego balonu uszło trochę złości. – Widzę, że sporo się wydarzyło i jesteś naprawdę wściekły. Nie spodziewałeś się, że rano zastaniesz w kuchni panią Basię zamiast mamy, a potem kanapki zamiast jajecznicy. I byłeś głodny, a to bardzo nieprzyjemne uczucie. A na dodatek ten deszcz… Wiem, że bardzo cieszyłeś się na naszą wspólną wycieczkę rowerową, dlatego rozzłościło cię, że pada deszcz i rodziców nie ma w domu. – Tak, kiedy zobaczyłem za oknem tę wielką kałużę, od razu pomyślałem, że nigdzie nie pojedziemy… – powiedziałem, ale urwałem, bo znów zachciało mi się płakać. – I poczułeś się rozczarowany, a potem wściekły. Mnie też rozzłościł dzisiejszy deszcz – powiedział tata. – Ale nie zrzuciłeś swojego śniadania na podłogę… – westchnąłem. – Nie, ale zajrzałem do szuflady złości – powiedział tata tajemniczym głosem, jakby chciał wyjawić mi największy sekret. – Szuflada złości? A co to takiego? – spytałem przejęty i czym prędzej wygramoliłem się z szafy. Tata wziął mnie za rękę i poszliśmy do jego pokoju. Usiedliśmy przy biurku. Przytuliłem się do taty z całych sił. Znów przypomniała mi się ta wycieczka rowerowa. – Byłem rano strasznie wściekły… – szepnąłem. – Jak głodny lew? – zapytał tata. – Uhm – przytaknąłem. – I jak rozwścieczony tygrys, i jak niedźwiedź wyrwany z zimowego snu, i jak wilk, któremu ktoś ukradł obiad! – krzyknąłem i uśmiechnąłem się, bo rozbawiło mnie to wymyślanie wściekłych zwierząt. Tata pogłaskał mnie po głowie i rzekł: – Kiedy byłem mały, wylałem mojej niani zupę na głowę, bo kazała mi zjeść dziesięć dodatkowych łyżek, strasznie się wtedy rozzłościłem. No i wciąż gryzłem moją siostrę Marysię. – Ciocię Isię, dlaczego? – zainteresowałem się, bo ja też miałem na sumienie niejedno ugryzienie. – Z różnych powodów. Pamiętam, że kiedyś wrzuciła do ogrodowej studni trąbkę, którą dostałem od dziadka. Wściekłem się tak bardzo, że w nocy obciąłem jej warkocze! – zachichotał tata. – Naprawdę?! – nie mogłem uwierzyć. – Nigdy bym nie pomyślał, że ty też się kiedyś złościłeś tak jak ja. – O, pewnie, że się złościłem! I złoszczę się nadal. Każdy się czasem złości, synku. To zupełnie normalne, choć nieprzyjemne. – Ale teraz nikogo nie gryziesz, tato… – To prawda, Tomku. Kiedy jestem na kogoś bardzo wściekły, nie gryzę go i nie kopię, tylko jak najszybciej kończę rozmowę i wychodzę do innego pokoju. Bo gdy jestem zły, wolę pobyć sam. Otwieram wtedy moją szufladę złości – i tata wskazał na ogromną szufladę pod biurkiem. – To, co trzymam w tej szufladzie, uspokaja mnie – wyznał. – Pokażesz mi, co trzymasz w swojej szufladzie złości?! – poprosiłem i spojrzałem na tatę błagalnie. No i tata otworzył szufladę. – Mam tu papier i kolorowe flamastry. Lubię pisać listy do mojej złości, a potem je drę albo gniotę! Uwielbiam gnieść papier! – powiedział tata. I rzeczywiście w szufladzie leżało kilka zgniecionych, papierowych kulek. Wyglądały jak śnieżne kule oczekujące na bitwę. Tata wyjął jedną kulę, wycelował i bezbłędnie trafił do kosza na śmieci. – Ja też mogę spróbować? – zawołałem z entuzjazmem. Tata zgodził się i urządziliśmy sobie zawody w rzucaniu papierowych kul do kosza na śmieci. Fajna zabawa, mówię wam. A potem dalej oglądaliśmy zawartość tatusiowej szuflady. Była tam jeszcze taka mała piłka do ugniatania i organki. A na samym dnie szuflady leżał niewielki rulonik starannie zawiązany złotą tasiemką. – A to? Co to jest? – spytałem. Tata uśmiechnął się czule. – To listy od twojej mamy. Kiedy je czytam, przypominam sobie, że świat jest bardzo piękny. I że jest ktoś, kto mnie kocha, nawet jeśli czasem złoszczę się i krzyczę. – Napiszesz dla mnie taki list tato? Włożę go do mojej szuflady złości. Chcę mieć taką szufladę, pomożesz mi ją przygotować? – poprosiłem. A tata zwichrzył moją rudą czuprynę i rzekł: – Miałem nadzieję, że mnie o to poprosisz! I cały wieczór szykowaliśmy moją własną szufladę złości! Wszystkie prawa zastrzeżone dla „LIBERI” K. Klimowicz i P. Klimowicz Sp. J. z siedzibą w Warszawie. Foto
co to znaczy bajeczki dla grzecznych dzieci